17 novembre 2008

Jurek Owsiak: Chcę być jak wieża Eiffla

Rozmawiał Agaton Koziński 2008-11-07

Rozmowa z Jurkiem Owsiakiem, dziennikarzem, twórcą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy:

Agaton Koziński: Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to akcja bardzo polska. Co zrobić, by stała się akcją europejską?

Jurek Owsiak: Już powoli taką się staje. Na Ukrainie odbyły się trzy finały podobne do naszego, wręcz jego kopia. Przyjechały do nas dwie dziewczyny, zobaczyły, w jaki sposób działamy, a potem wróciły do Kijowa i tam ruszyły z akcją "Serce dla serc". Pierwszy finał nie dał zysku, pieniędzy starczyło na pokrycie kosztów organizacyjnych, ale już kolejne generowały spore pieniądze. Ostatni dał pół miliona dolarów dochodu. Widać więc, że na Ukrainie to się przyjęło. Niedawno zwrócili się do nas Bułgarzy, być może więc kolejna filia orkiestry zacznie grać w Sofii. Kiedyś rozmawialiśmy z Białorusinami, ale na razie tam nic nie wyszło.

A nie próbowaliście podchodzić pod państwa starej Unii?

Trudno ruszyć z orkiestrą na Zachód - tam jest mnóstwo takich akcji, to my podglądaliśmy ich rozwiązania, gdy tworzyliśmy naszą. Bardzo inspirowały mnie przede wszystkim wszelkie działania w Londynie wokół Great Ormond Street Hospital, największego szpitala dziecięcego na świecie. Na jego rozwój składali się sami londyńczycy. To właśnie tam powstał pomysł, by urządzać jednodniowe akcje, w czasie których zbiera się pieniądze na szpital. Bardzo mi się ten pomysł spodobał i przenieśliśmy go do Polski - w ten sposób właśnie powstały nasze finały. Trochę tylko rozwinęliśmy formę.

Za to w europejskim kierunku ewoluuje Przystanek Woodstock. Odbywa się on w Kostrzyniu, czyli blisko granicy polsko-niemieckiej. Tylko zwróć uwagę, że odkąd wstąpiliśmy do strefy Schengen tej granicy nie ma! I do nas przyjeżdża coraz więcej obcokrajowców. Na 200 tys. osób, które pojawiły się tam w tym roku, było 40 tys. Niemców - tak wykazały szacunki strony niemieckiej. Pojawiają się także ludzie z całej Europy, a nawet z Australii.



Czyżby Przystanek Woodstock stawał się polskim odpowiednikiem słynnych festiwali jak Glastonbury, czy Roskilde?

Nie całkiem, my idziemy dalej. Glastonbury, czy Roskilde nie kojarzą się z integracją europejską, to są po prostu festiwale muzyczne, na których przyjeżdżają fani dobrej muzyki. Natomiast przystanek to coś więcej. Jesteśmy teraz miejscem, gdzie zachodzi autentyczna integracja młodzieży ze Wschodu i Zachodu. Nie da się tego zrobić odgórnymi decyzjami. Owszem, Unia Europejska ma programy typu Erasmus. Ale zwróć uwagę, jak one są zorganizowane. Trzeba załatwiać przy nich mnóstwo formalności, należeć do jakiś organizacji, pisać podania i zbierać opinie. To jest dla ludzi przedsiębiorczych, z inicjatywą. U nas jest inaczej, u nas nic nie trzeba. Wystarczy impuls: chcę jechać na Przystanek! Potem biorę plecak i tam jestem. Właśnie takich ludzi chcę do nas ściągnąć! To jest właśnie nasza siła - i mam wrażenie, że to docenia coraz więcej dzieciaków w całej Europie. Wielu z nich krąży po Europie szukając wrażeń. Chciałbym ich przekonać do przyjazdu do nas. Mam dla nich jasny komunikat: słuchajcie, my nie jesteśmy Glastonbury, u nas nie grają zespoły z pierwszych miejsc list przebojów. Ale warto do nas przyjechać, bo tu jest taka impreza, że ugną ci się kolana! Mamy fajną muzykę graną przez nieznane zespoły, a do tego jest fantastyczna atmosfera, tu przeżyjesz coś, czego nie widziałeś nigdy w życiu!

Glastonbury, czy Roskilde mają świetną markę, co roku ściągają tłumy. Ale tak naprawdę te festiwale co roku są takie same, na początku roku bez problemu można przewidzieć 75% jego uczestników. U nas tak nie jest, bo muzyka nie jest najważniejsza - lecz właśnie atmosfera, możliwość spotkania. Przez to co roku festiwal jest inny. A jak ktoś przyjedzie po raz pierwszy, to jest to dla niego szok całkowity. Sami Niemcy to podkreślali - a w tym roku transmisje z przystanku dały wszystkie najważniejsze media w tym kraju.

Tak naprawdę Przystanek Woodstock jest marką samą w sobie - jego lokalizacja nie ma większego znaczenia. W tym roku zrobiłeś go w Kostrzyniu. Wyobrażasz sobie sytuację, że za rok przeniesiesz go na przykład do Zagłębia Ruhry?

To byłoby trudne. I to nawet nie chodzi o ludzi, frekwencję, o Polaków, którzy musieliby dużo dalej dojeżdżać. Robienie takich wielkich imprez na zachód od Odry jest bardzo trudne przede wszystkim z powodu przepisów. Unijne regulacje są bardzo restrykcyjne, miejscami wręcz absurdalne i kuriozalne. Trudno je przeskoczyć. Dlatego podoba mi się przystanek w Polsce. U nas możemy robić takie historie jak na przykład wjechać w tłum wozem strażackim i oblać wszystkich wodą. Na Zachodzie policja by natychmiast aresztowała za to kierowcę auta i mnie. U nas jest luz, który wynika z prowizorycznych rozwiązań stosowanych przez nas. One się zwyczajnie sprawdzają - ale na Zachodzie to jest niemożliwe. Podczas finału u nas często pieniądze zbierają nieletni, a to jest zabronione. W Polsce udaje się to ominąć, na przykład dajemy opiekę starszej osoby. Ale to jest możliwe tylko u nas.

Wróćmy do finałów orkiestry. Co roku zbieracie pieniądze dla szpitali w Polsce. A czy wyobrażasz sobie sytuację, że zbieracie pieniądze dla szpitali w całej Europie?

Tak, jest to możliwe. Wyobrażam sobie sytuację, że zbieramy pieniądze na przykład na zintegrowany program badań wad słuchu w całej Europie, a pieniądze też zbieramy na całym kontynencie. Jest to absolutnie możliwe. Wiem, jakby to mogło wyglądać. We wszystkich 27 krajach Unii ogłaszamy, że zbieramy pieniądze na pomoc szpitalom na Ukrainie - to byłby wspólny cel, dla wszystkich tak samo ważny. Albo możemy zbierać pieniądze na profilaktykę, na przykład jak wcześnie wykryć chorobę nowotworową u dziecka - na takie działania zbiera się pieniądze wszędzie, nawet w bogatych krajach. Mogą się jednak pojawić zarzuty: czemu pieniądze zebrane we Francji trafiają do Włoch? W Polsce radzę sobie następująco, tłumaczę: to że zbierałeś pieniądze w Częstochowie nie znaczy, że muszą one trafić do Częstochowy, lecz idą tam, gdzie ich potrzeba. Europejczykom powiedziałbym to samo - tylko że oni musieliby mi zaufać.

A w jaki sposób namówić Europejczyków do współpracy? Jak ich przekonać, że powinni Ci zaufać?

W ogóle bym ich nie przekonywał - nie wierzę, że to by mogło cokolwiek dać. Ja bym im po prostu pokazał to, co robimy. W Hiszpanii na przykład są wielkie festyny obrzucania się pomidorami, czy ganiania za bykami, w Berlinie było Love Parade, w Wenecji karnawał, w Amsterdamie na urodziny królowej wszyscy pływają po kanałach. Chciałbym, żeby podobnie mówiło się w Europie o naszym finale, czy Przystanku Woodstock. W nas jest witalność, jest energia i to jest magnes, który powinien przyciągnąć resztę Europy. Gdy zacznie się o tym mówić, to ludzi sami przyjadą to obejrzeć. Dlatego nie chcę nikogo przekonywać - mam jednak nadzieję, że oni o nas usłyszą i sami przyjadą zobaczyć, o co chodzi.

W jaki sposób byś rozruszał Unię Europejską?

Unia potrzebuje nowego speedu - choćby takiego, jaki my dajemy. Ona ma mnóstwo nieruchomych struktur, które to blokują. Kiedyś starałem się przekonać europosłów do orkiestry. Początkowo byli zainteresowani, ale szybko zapał im przeszedł. Widać, że ten europarlament to jedna wielka poruta. Ta instytucja jest tak skostniała i tak nieruchawa, że zorganizowanie tam czegokolwiek jest praktycznie niemożliwe. Do tego ta koszmarna biurokracja, ona w Brukseli wręcz się przelewa.

Tak naprawdę jednak w Unii wszyscy myślą w kategoriach narodowych, nie widzę przebłysków myślenia w kategoriach europejskich. Gdyby skłonić ludzi do większej wymiany, to może zaczęliby znajdować wspólne cele. I wtedy staliby się bardziej Europejczykami.

Na pewno nie można na siłę ludzi uniformizować. Nie może być tak, że skoro wieża Eiffla świetnie wygląda w Paryżu, to kopiujemy ją w pozostałych europejskich miastach, bo tam też będzie pasować. Nie ma sensu sprawdzać, czy ona będzie pasować w Londynie. Ale londyńczyk świetnie wygląda w Paryżu. Dlatego trzeba skłaniać ludzi do kręcenia po świecie. Niech w czerwcu na Roskilde, w lipcu jadą do Glastonbury, sierpniu na nasz przystanek, a w styczniu na finał orkiestry. Trochę tak funkcjonuje piłkarska Liga Mistrzów - ale można tę konwencję rozszerzyć na inne dziedziny życia. A orkiestra stałaby się jednym z symboli Europy - jak wieża Eiffla.

Aucun commentaire: